4/09/2014

Rozdział 16

Carrie
    Weszliśmy do domu Nica i Sophie. Z salonu dobiegły nas ich krzyki. Kłócili się o coś.
- Jak mogłeś być tak nieodpowiedzialny?!- Wściekła Sophie to nie przelewki.
- Tak zrobiłem to specjalnie. Tylko raz zapomniałem o tych gumkach.
- Raz wystarczył.
    Weszliśmy szybko do środka, żeby zapobiec możliwym rękoczynom. Widok, który mieliśmy przed sobą, był komiczny. Sophie, drobna blondynka stała nad biednym, skruszonym Nickiem, który zazwyczaj emanował siłą.
- Dobra o co wy się znowu kłócicie?- spytałam podchodząc do przyjaciółki.
- Ciocią będziesz, bo ten idiota nie wie co to zabezpieczenia.
- A myślałem, że wpadł z inną- zażartował Louis, a Sophie zmroziła go wzrokiem.
- Przecież nie specjalnie. Kochanie jakoś sobie poradzimy.- Wstał i chciał ja objąć, ale ona go odepchnęła.
- Tak na głowie mamy kredyt, rozsypujący się dom i teraz drugie dziecko. Jakoś sobie poradzimy.
- Przepraszam, że mam milionów na koncie. Jak chcesz to mnie wymień na bogatego sztywniaka.
- Sam to powiedziałeś.
- Cisza.  Wpadki się zdarzają.- On to umiał przywrócić spokój.- Jakoś sobie dacie radę. Macie nas, rodziców.
    Leżałam z głową na torsie Louisa. Zażegnaliśmy kryzys u Andersów i wróciliśmy do domu. Wsłuchiwałam się w miarowy oddech swojego narzeczonego.
- Nie powiedziałaś jej o zaręczynach- stwierdził. Ciągle gładził mnie po głowie.
- Wiesz zaczęłaby panikować, że będzie z brzuchem na ślubie. Nie chciałam jej dokładać i tak miała dużo stresu, a w jej stanie to nie wskazane.
- Tylko my nie znamy daty ślubu. Nic nie ustaliliśmy.
- Znasz Sophie.
- Znam. Kochanie nie zabieraj tego koca.
- Ale mi gorąco- jęknęłam.
- Wiesz bo jak się odkryjesz to ja mam ładne widoki. Nie chce wystawiać mojej samokontroli na próbę.
    Uśmiechnęłam się pod nosem i ściągnęłam z nas koc. Usiadłam na nim okrakiem, a przez głowę ściągnęłam koszulkę. Louis ręką przejechał po moich plecach. Pochyliłam się do przodu i złożyłam czuły pocałunek na jego ustach.
- Kochanie proszę cię- jęknął chowając twarz w zagłębieniu mojej szyi. - Musisz się nade mną znęcać?
- Jak nie chcesz to się mogę ubrać.
- Kochanie chce tylko czy ty tego chcesz?
    Odpowiedziałam mu długim i namiętnym pocałunkiem. Zjechałam ustami na jego szyję, składałam drobne pocałunki na jego klatce piersiowej. Obrócił nas i teraz leżałam pod nim. Obdarowywał pocałunkami całe moje ciało. W końcu oboje byliśmy nadzy. Czułam strach, ale wiedziałam że Louis mnie nie skrzywdzi. Poczułam jak we mnie wchodzi. Wbiłam paznokcie w jego plecy oddając się całkowicie tej przyjemności.
    Wyczerpana z przymkniętymi oczami leżałam w ramionach Louisa. Teraz koc się nam przydał.
- Co powiesz na marzec?
- Ale o co chodzi?
- O nasz ślub. Myślałem o marcu.
- Podoba mi się.- Leniwie się uśmiechnęłam.- Masz dzisiaj do pracy?
- Tak- odpowiedział sprawdzając godzinę.- Za dwie godziny muszę być na komisariacie.
- Nie lubię jak chodzisz na noc.
- Ja też, nie chcę cię zostawiać samej.
Po godzinie takiego leżenia Louis musiał wstać. Z niezadowoloną miną patrzyłam jak się ubiera.
- Co powiesz na dwójkę dzieci?- Jego pytanie nieco zbiło mnie z tropu.- Najpierw chłopca, a później dziewczynkę. Wiesz starszy brat.
- Wiesz, że tego tak nie zaplanujesz?
- Wiem, ale pomarzyć mogę.- Pochylił się i mnie pocałował.- Najpierw ślub, później domek z ogródkiem i dzieci.
- Ty masz już wszystko dokładnie zaplanowane.
- A jak. Nawet żona będzie taka jak trzeba.
- Idź ty lepiej do tej pracy. Tylko wróć cały.

- Dla ciebie wszystko kochanie. – Pocałował mnie w usta i wyszedł. 

4/02/2014

Rozdział 15

Carrie
    Obudziłam się, a jęk przerażenia wydobył się z moich ust. Otworzyłam oczy by odgonić złe sny, po chwili je zamknęłam. Przed moimi oczami na nowo jak film przetoczyły się wspomnienia tamtych strasznych miesięcy. Znowu otworzyłam oczy. Spojrzałam w stronę okna gdzie na parapecie w stożkowym flakoniku z przezroczystego szkła stał goździk. Dokładnie przyjrzałam się ciemnozielonej łodyżce z cieniutkimi listkami i kwiatu z pomarańczowymi płatkami, tak bardzo jasnymi i delikatnymi. Widok kwiatu przypomniał mi, że tamte chwile już minęły i nigdy nie wrócą, będą tylko odtwarzane w mojej głowie od nowa każdego dnia. Wtedy poczułam uścisk jego ramion na mojej tali. Leżał obok mnie i spokojnie spał jak zwykle przytulony do mnie, chociaż na moim jednoosobowym łóżku inaczej się nie dało on i tak w nocy nie wypuszczał mnie z objęć. Odwróciłam się i schowałam twarz w zagłębieniu jego szyi. Zaciągnęłam się jego zapachem próbując się uspokoić. Louis pogłaskał mnie po rudych włosach i przyciągnął jeszcze bliżej siebie. Jakby to było jeszcze możliwe.
- Zły sen? -spytał ciągle głaszcząc mnie po głowie. Pokiwałam głową nadal się do niego tuląc.- To tylko sen.
- Wiem- powiedziałam, a mój głos był cichy i stłumiony. To już były tylko złe sny, ale kiedyś to była moja rzeczywistość, która będzie towarzyszyć mi do końca życia. Nie ważne ile razy spotkam się z psychologiem i jak bardzo Louis będzie starał się przywrócić mi normalne życie, to zawsze będzie we mnie. Cień w umyśle, który przysłania światło. Wzięłam jeszcze jeden głęboki oddech próbując opanować strach. Poczułam jak Louis mnie całuję w czoło. Naciągnął na nas kołdrę i zaczął cicho nucił jakąś  melodię. Powieki zaczęły mi ciążyć, a sen przyszedł bardzo szybko.
    Obudziłam się nadal wtulona w Louisa. Czułam, że mnie obserwuje. Często tak robił, przyglądał się jak śpię. Otworzyłam oczy i spojrzałam w jego błękitne tęczówki.
- Długo nie śpisz?- spytałam.
- Będzie z godzinę.
- To czemu mnie nie obudziłeś?
- Ponieważ jest wolne, lubię patrzeć jak śpisz i nie chce mi się wstawać.
- Ty leniu, ale wiesz mi też się nie chce. Tutaj jest mi tak dobrze.
- A ja w końcu widzą zalety twojego łóżka.- Posłał mi ten swój cudowny uśmiech zarezerwowany specjalnie dla mnie.- Mam pretekst, żeby nie wypuszczać się z ramion.
- Nigdy nie kupie większego łóżka.
- Na większym też będę cię przytulał.
    W łóżku poleżeliśmy jeszcze godzinę, później trzeba było wstać. Na 17 mieliśmy być na Wigilijnej kolacji u moich rodziców. Zadowolona z tego, że mogłam pospać do późna poszłam pod prysznic. Cały dzień się szykowałam. Na koniec tego dnie planowałam coś specjalnego. Pod czerwoną sukienkę założyłam identycznego koloru zestaw koronkowej bielizny. Ułożyłam moje krótkie włosy i nawet wyrobiłam się na czas.
- Ślicznie wyglądasz kochanie.
- A ty nie umiesz wiązać krawatu.- Ze śmiechem podeszłam do niego i mu go poprawiłam. Wspaniale się prezentował w białej koszuli. Pojechaliśmy do moich rodziców. Każdy zadowolony ze swoich prezentów, Louis nawet podwójnych wrócił do domu. On rozlewał wino do kieliszków, a ja w sypialni zapalałam świeczki. Dzisiaj wyjątkowo spaliśmy u niego.
- Obejrzymy film?- krzyknął do mnie Louis z kuchni.
- Nie, mam ochotę na coś innego.- Zdjęłam z nóg czarne szpilki i poszłam do kuchni.- Jak tam te wino.
- Nalane.- Lou podał mi jeden z kieliszków. Upiłam łyk i prowokacyjnie oblizałam usta.- W co ty się bawisz?
- W zupełnie nic.- Uśmiechnęłam się do niego i zaczęłam rozwiązywać mu krawat.
- Carrie- jęknął jak zaczęłam odpinać guziki jego koszuli.
- Chodź do sypialni.- Złapałam go za rękę i poprowadziłam. Louis niespiesznie rozpinał moją sukienkę. Całował przy tym moją szyję i plecy. Starałam się nie panikować, nie myśleć o bliznach na plecach które zaraz zobaczy. Koronkowy materiał układał się wokół moich stóp.
- Taka piękna.- Pocałował mnie w usta i każda racjonalna myśl wyparowała z mojej głowy.- I moja.- To jedno pieprzone słowo przywróciło wspomnienia. Nie raz już mówił, że jestem jego ale podziało akurat teraz. Zesztywniałam, a w głowi słyszałam tylko ten okropny głos i czułam ból zadawanych ran.
- Przepraszam.- Wyrwałam się z jego ramion i pobiegłam do łazienki.
    Stałam tyłem do lustra i palcami dotykałam pleców. Trzy długie linie biegnące wzdłuż moich pleców, białe i ledwo widoczne na bladej cerze, ale jednak tam były, a ja znowu czułam ból. Usłyszałam pukanie do drzwi.
- Carrie otwórz.- Cichy i przepełniony troską głos Louisa rozbrzmiał w pomieszczeniu.- Przepraszam.- Podeszłam do drzwi i je otworzyłam.
- Za co? Nic nie zrobiłeś, po prostu ta ja jestem do niczego.
- Nie prawda kochanie.- Otarł łzy z mojej twarzy.- Jesteś najpiękniejszą, najwspanialszą dziewczyną na świecie, którą cholernie kocham.- Zawahał się na chwilę.- Chciałem to zrobić dzisiaj przy wszystkich, ale nie miałem odwagi. Może uznasz, że to za szybko i nie musisz dawać mi odpowiedzi od razu, ale chce żebyś wiedziała, że dla mnie jesteś wszystkim. Największym skarbem jakim posiadam i chcę się tobą cieszyć przez całe życie. Wiec Carrie Anastazjo Allen czy uczynisz mi ten zaszczyt i zostaniesz moją żoną?
- Masz wyjątkowy talent do mieszania mi w głowie.- Patrzyłam na pierścionek w jego rękach.- Tak- Jakoś wydukałam to krótkie słówko.
    Założył mi pierścionek na palce. Złapał mnie w tali i zaczął kręcić. Zastanawiałam się jak go nie kochać. 

3/26/2014

Rozdział 14

Carrie
DWA MIESIĄCE PÓŹNIEJ
    Pakowałam swoje rzeczy do kartonów.Za tydzień zaczynały się studia, a rodzice kupili mi mieszkanie w centrum. Co prawda Louis zaproponował mi, żebym zamieszkała u niego, ale ja jak na razie potrzebuje własnej przestrzeni. Jest dobrze, zaczynam się czuć normalnie. Nie przeszkadza mi jego dotyk, pocałunki i spanie w jednym łóżku. Właściwie Louis jest remedium na moje koszmary. Do pokoju wpadła Zoye.
- To dla ciebie- podała mi swojego pluszaka, z którym zawsze spała.- Żeby nie śniły ci się koszmaly.
- A kto będzie spał z tobą?- spytała kucając naprzeciwko siostry.
- Tatuś.- Odpowiedziała uśmiechając się szeroko.- Do ciebie będzie miał daleko. Wiec weź pana Zająca.
- Dobrze.- Przytuliłam ją do siebie.- Dziękuje.
- Kocham cię.-Pierwszy raz usłyszałam to króciutkie, ale tak ważne słowo z jej ust.
- Ja ciebie też kocham i to bardzo.
Zoye wróciła do zabawy, a ja skończyłam się pakować. Zostało tylko wszystko znieść. Wzięłam jeden z kartonów i zeszłam na dół.
- Carrie odstaw to my się z Louisem tym zajmiemy.- Oznajmił mi tata, dopiero teraz zauważyłam mojego chłopaka siedzącego na kanapie. Wstał i odebrał ode mnie karton. Później dostała buziaka w policzek.
- Cześć kochanie.
- Cześć, a ty nie w pracy?
- Ja i Nick mamy za zadanie eskortować pewną dziewczynę do jej mieszkania.
- Jesteś nie możliwy- stwierdziłam ze śmiechem.
- I tak mnie kochasz ruda.
- Kocham.
    Po paru godzinach ich ciężkiej pracy kartony z moimi rzeczami piętrzyły się w moim nowym mieszkaniu. Rodzicie przychylili się do mojej prośby i mieszkanie było małe. Kuchnia połączona z salonem, sypialnia z pojedynczym łóżkiem, co było dziwne, Łazienka i tyle. Chłopaki musieli wrócić na służbę, a ja zabrałam się za rozpakowywanie. Sama nie wiem kiedy zmęczona runęłam na łóżko i zasnęłam.
    Budzik dzwonił uporczywie nie dając spać. Niezadowolona wstałam z łóżka. Jedyna wada chodzenia do szkoły to wczesne wstawanie. Półprzytomna zrobiłam sobie kawę i poszłam pod prysznic. Z szafy wygrzebałam szare rurki, bokserkę z flagą USA i marynarkę, do tego botki na obcasie. Szybko wysuszyłam rude włosy. Ścięłam je ostatnio i teraz układały się wokół mojej głowy w krótkie spiralki. W pośpiechu zjadłam śniadanie i pojechałam na uczelnie. Był to kolejny tydzień studiów. Dopiero trzeci, ale ja i tak miałam cholernie dużo nauki.
Padnięta wróciłam do domu. Na mojej kanapie siedział Louis. Usiadłam mu na kolana i wtuliłam się w jego tors. Objął mnie ramieniem i pocałował w nos.  Praktycznie mieszkał u mnie. Gnieździliśmy się na pojedynczym łóżku, ale i tak było dobrze.
- Jak w szkole?
- Dużo rysunku i strasznie męcząco. A w pracy jak?
- Nick na zwolnieniu, a mi dali nowego partnera. Nowicjusz niepotrafiący trzymać broni.
- Mój biedaku.-Wstałam z jego kolan i poszłam do łazienki. Pozbyłam się koszulki, miałam ochotę przebrać się w dresy. Tylko w krótkich spodenkach i staniku wyszłam z pomieszczenia. Stałam w salonie przewracając na drugą stronę koszulkę Louisa.- Co jemy na obiad?
- Co chcesz.- Uważnie się mi przyglądał. Zarumieniłam się.- Proszę załóż koszulkę.
- Wiem strasznie wyglądam.
- Raczej cholernie pociągająco.- Założyłam koszulkę przez głowę.
- Lou jeżeli chcesz…
Wstał z kanapy i podszedł do mnie. Mocno objął mnie w tali, a jego dłonie znalazły się na moim tyłu.
- Chcę, ale ty nie jesteś gotowa.- Musnął moje usta.- Ja poczekam.
- A jeżeli nigdy nie będę gotowa.
- Przeżyję resztę życia w celibacie.- Tak bardzo go kochałam, a nie mogłam zrobić dla niego tej jednej rzeczy.- Twoi rodzice dzwonili, żebyśmy wpadli na kolacje.
Po kolacji u moich rodziców wróciliśmy do domu. Weszłam do przedpokoju i próbowałam włączyć światło.
- Te korki mnie zabiją- jęknął Louis wychodząc powrotem na klatkę schodową.- Ruda pamiętasz, czy opłaciłaś rachunek za prąd.
- Pewnie nie. Bo zapomniałam. – Drogę do kuchni oświetlałam sobie telefonem. Z jednej z szuflad wyjęłam kilka świeczek. Zawahałam się za nim jedną zapaliłam.
- Nie męcz się. Możemy pojechać do mnie.- Louis odebrał mi zapałki.
- Ja już tak nie mogę!! Do końca życia będę się bać świeczek, słowa wróbelku. To jest nienormalne, ja jestem nienormalna.
- Kochanie stopniowo- Znalazłam się w jego ramionach.
- Ile będziesz czekał. Chcesz prawdziwej rodziny, dzieci domu z ogródkiem. Ja to widzę. Widzę jak patrzysz na Carrie, na Zoye, albo inne dzieci. Nie mogę dać ci tego czego pragniesz, więc czemu nadal ze mną jesteś.
- Bo cię kocham, aż tak trudno to zrozumieć, uwierzyć ci? Kocham cię, tak bardzo, że aż boli.
- To proszę zmuś mnie do tego bo inaczej się nie odważę.
- Zwariowałaś? Nie dotknę cię póki sama nie będziesz tego chciał. Kiedy nie będziesz się już bać.
- Jeżeli…

- Weź zamknij się.- Pocałował mnie w usta uniemożliwiając ciągnięcie tej niedorzecznej kłótni. 

3/19/2014

Rozdział 13

Carrie
    Siedziałam na kanapie w małym salonie u Louisa. Po rozmowie z rodzicami czułam się lepiej, chociaż ominął mnie tort. Lou podał mi kubek z herbatą. Zaciągnęłam się delikatną wonią malinowej herbaty.
- Moja ulubiona- powiedziałam uśmiechając się.
- Wiem.- Louis opierał się o parapet i patrzył na mnie.- Co teraz?
- Nie wiem. Nie potrafię być jak inne dziewczyny.
- Nie chce zwyczajnej dziewczyny, chcę tylko ciebie.
- Wystarczy ci to co mogę na razie ci dać?
- Oczywiście, że tak. O ile pozwolisz się od czasu do czasu się pocałować.
- Z tym nie ma problemu.- Oboje się roześmialiśmy.
- Mam dla ciebie prezent.- Z kieszeni swoich spodni wyjął białą kopertę i mi ją w ręczył. W środku były bilety do kina na maraton komedii romantycznych.- Kupowałem w ostatniej chwili.
- Wybaczę, jeżeli pójdziesz ze mną.
- A miałem nadzieję, że Sophie będziesz tym męczyć. – Oboje się roześmialiśmy. To było tak wspaniałe, że aż nierealne.- Na pierwszą randkę chciałem cię zabrać na coś lepszego niż stare komedie.
- Będzie fajnie.
- Z tobą zawsze.- Uśmiechnęłam się szeroko słysząc jego słowa.- Zapomniałbym, uwielbiam twój uśmiech. Jest wręcz cudowny i czasem mam wrażenie, że zarezerwowany tylko dla mnie.
- Bo on  jest tylko dla ciebie.
Louis
    Obserwowałem jak śpi na poduszkach mojej kanapy. Najpierw przykryłem ją kocem, a później zaniosłem do mojej sypialni. Położyłem ją na moim łóżku. Wyglądała tak spokojnie. Dotknąłem ustami jej czoła i poszedłem pod prysznic. Stałem owinięty tylko ręcznikiem, kiedy usłyszałem jej krzyk. Wybiegłem z łazienki, a z komody wziąłem broń. W mojej sypialni szukałem złodzieja, porywacza, oprawcy, który ją obudził.
- Po co ci broń?- spytała jeszcze bardziej przerażona.
- Myślałem… Krzyczałaś, nikogo tu nie było?
- To tylko koszmar. Zaraz zgubisz ręcznik.
- Przepraszam.- Wycofałem się do łazienki, złożyłem spodnie od piżamy i wróciłem do mojej sypialni.- Chcesz porozmawiać?
- O czym Louis?- Znowu znajdowała się za tym swoim murem.
- O koszmarze.
- Znasz go bardzo dobrze. Wpakowałeś go do więzienia.- Blady uśmiech pojawił się na jej ustach.- Jak ja się tutaj znalazłam?
- Przeniosłem cię, kanapa jest niewygodna.
- A ty gdzie planowałeś spać?
- Na kanapie.
- Przecież jest niewygodna.
- Tak, ale gdzieś spać muszę.
    Rozejrzała się po pokoju. Duży on nie był podwójne łóżko stojące pod ścianą, szafa, stary fotel i stolik nocny. Przejechała ręką po miękkiej narzucie i delikatnie się uśmiechnęła. Mój zaspany aniołek.
- Jeżeli dasz mi coś w czym mogę spać odstąpię ci pół łóżka.- Jej głos był strasznie sztywny. Miałem wrażenie, że nie jest tego pewna.
- Ja naprawdę mogę się przespać na tej kanapie.
- Louis przestań. Dasz mi jakąś koszulkę?
- Oczywiście.
    Wstałem i podszedłem do szafy. Wyjąłem jej jedną z moich koszulek, jeszcze z czasów akademii policyjnej. Pokazałem Carrie gdzie jest łazienka. Leżąc na łóżku czekałem na dziewczynę. Moja koszulka była wręcz idealna dla niej. Zakrywała jej tyłek i była trochę za szeroka. Położyła się obok mnie na łóżku.
- Dobranoc- powiedziała. Spała na samym krańcu tego łóżka.
- Tak to tylko spadniesz.- Objąłem ją w tali i przyciągnąłem bliżej siebie. Czułem jak jej mięśnie się napinają. – To tylko ja.
- Wiem.

    Starałem się jej nie dotykać. Leżałem w jednym miejscu próbując zasnąć. Wsłuchiwałem się w jej spokojny oddech. Przysunęła się bliżej mnie i przytuliła. Objąłem ją ramieniem i zasnąłem.

3/12/2014

Rozdział 12

Carrie
    To już dzisiaj. Jest dwunasty sierpnia, czyli moje urodziny. Zrobiłam niezadowoloną minę zapinając zamek brązowych sandałków na wysokim obcasie. Rude włosy splotłam w długiego kłosa. Wyszłam z łazienki pokazując się Sophie. Przyjaciółka uważnie przyjrzała się czarno-brązowej sukience, którą sama mi wybrała i uśmiechnęła się z aprobatą.
- Po co mi ona?- spytałam po raz który dzisiejszego dnia.- Nie będzie nikogo oprócz moich rodziców, ciebie, Nicka, Louisa i waszej mamy. Po co mam się tak stroić.
- Bo to twoje urodziny. Powinnaś dobrze wyglądać.
    Jej argumenty powalają mnie na kolana. Nie miałam zamiaru się z nią kłócić. Zniecierpliwiona machnęła na mnie ręką każąc wyjść z pokoju. Z mojego azylu. Zeszliśmy na dół gdzie czekali już wszyscy. Niepewnie patrzyłam na uśmiechnięte twarz. Wiedziałam, że to moi bliscy, ale i tak czułam strach. Spojrzałam na stół gdzie stał tort, z dwudziestoma dwoma świeczkami. Paliły się jasnym płomieniem.  Odsunęłam się gwałtownie. Z chaosu w mojej głowie zaczęły się wyłaniać wspomnienia.  Migawki tych strasznych dni, bólu który towarzyszył mi każdego dnia. Odwróciłam się na pięcie i wybiegłam z domu. Biegłam dobrze znanymi ulicami, ale czułam się jak w obcym miejscu. Zatrzymałam się na końcu ulicy łapiąc oddech. Odwróciłam się i zobaczyłam postać biegnąca w moim kierunku.
- Carrie zaczekaj.- Głos Louisa sprowadził mnie znad skraju szaleństwa. Wspomnienia blakły i chowały się po zakamarkach mojego umysłu.- Co się stało?- Była zamknięta w bezpiecznym uścisku jego silnych ramion.
- Świeczki- wydukałam.- Co roku w moje urodziny były świeczki.
- Ja wiem- przerwał. Odetchnęłam z ulgą, że nie muszę wracać do tych chwil.- Wiem o wszystkim. – Dotknął mojego policzka, zaczął się bawić piórkowymi kolczykami. Ogarnął mi włosy z czoła i złożył na nim delikatny pocałunek.
-  Czemu nie przyjeżdżałeś? – spytałam odsuwając się do tyłu.  Musiał mnie puścić.
- Chciałem nabrać do tego wszystkiego dystansu, żeby patrzeć na ciebie tak jak powinienem.
- Czyli jak?- Nie chciałam aby mój głos brzmiał tak ostro, ale jego słowa wywołały u mnie wściekłość.
- Jak na przyjaciółkę mojej siostry.
- No tak jestem dla ciebie tylko dzieckiem.- Wyszarpnęłam rękę, którą trzymał w uścisku. Zacisnęłam usta w wąską linię i próbowałam się uspokoić.
- Carrie nie jesteś dzieckiem. Zrozumiałem to bardzo dobitnie, wtedy na balu.- Spojrzał na mnie tak jakoś inaczej. Ból w jego oczach był tak bardzo widoczny, ta bardzo dotkliwy.- Jesteś tak piękna, krucha i delikatna, a zarazem silna i odważna. Tyle razy tamtego wieczoru pragnąłem cię pocałować, ale kim ja jestem? Zwykłym policjantem, nie mogę ci nic dać oprócz góry problemów. Jestem nikim, a na pewno nie jestem kimś kto zasługuje na ciebie.
- Przestań. Nie mów tak.- Czy w tym moim na nowo zbudowanym świecie jest miejsce na miłość, na bliskość, której się boję.- To ja jestem największym problemem. Nie umiem być blisko nawet ciebie.- Uśmiechnęłam się krzywo.- Dziewczyna, która boji się uczuć, bliskości się zakochała.
- Coś ty powiedziała?- Złapał mnie za ramiona.
- Byłam w tobie zakochana już wtedy, trzy lata temu. Podobałeś mi się, ale byłeś starszy i co najgorsze byłeś bratem Sophie.
- Poczekaj. Nie rozumiem co ty do mnie mówisz.
- Mówię po chińsku.- Zirytowana warknęłam na niego.- Kocham cię idioto.
    Roześmiał się biorąc mnie w ramiona. Całował moje czoło, policzki mokre od łez, włosy, piegowaty nos i nawet usta. Pocałunki były krótkie, szybkie i delikatne jak muśnięcia motyla.
- Ruda czego beczysz?
- Bo jesteś idiotą Tomlinson.- Wyrwałam się z jego ramion wściekła do granic możliwości. On nie powiedział, że mnie kocha, że odwzajemnia moje uczucia. Odwróciłam się, a on złapał mnie za nadgarstek. Obrócił i przyciągnął do siebie.
-  Zawsze tak szybko odchodzicie, człowiek nie ma czasu poukładać sobie myśli w głowie.- Niebo zaszło chmurami, a my poczuliśmy pierwsze krople zimnego deszczu. Chciałam pobiec do domu.- Powiedziałem, żebyś zaczekała.- Znowu mnie obejmował w tali.- Lubię jak się złościsz, oczy masz prawie czarne ciężko wtedy odróżnić źrenice od tęczówek. Uwielbiam patrzeć jak rysujesz. Jak się skupiasz marzysz tak czoło. Lubię twoje włosy, są jak prawdziwy ogień. Uwielbiam w tobie wszystko. Długie palce, delikatne dłonie, piegi na nosie, tą bliznę na brodzie, której dorobiłaś się na rowerze. Jestem zakochanym idiotą.
- Dobra, a co to ma do rzeczy.
- Ruda!- Mimowolnie się uśmiechnęłam słysząc to przezwisko.- Nie lubiłem tego faceta, z którym spotykałaś się w liceum. Jak się rozstaliście to ja obiłem mu gębę.
- Nadal cię nie rozumiem.
- Niezdarnie próbuję powiedzieć, że cię kocham. Od początku, od dzieciństwa. Nie przychodziłem tylko dla fortepianu, ale i dla ciebie.- Objął moją twarz w dłonie, wcale nie zwracał uwagi na padający deszcz.- Teraz cię pocałuję.
Nie było strachu tylko rozkosz. Czułam smak jego ust i deszczu, moich łez. Powoli, nie spiesząc się pozbawiał mnie tchu. Rękę trzymałam na jego piersi, czując pod palcami szybko bijące serce. Biło tak samo szybko jak moje. Ciepły dotyk jego palców na mojej twarzy i szyi.  Tyle doznań, a wszystkie składały się na tych kilka magicznych chwil. 



Zapraszam na blogi które piszę ze Skyfallgirl:


3/05/2014

Rozdział 11

Louis
    Kac. Tego mogłem się spodziewać po tak dużej ilości alkoholu wypitego wczorajszego dnia. Z miną męczennika poszedłem otworzyć drzwi. Wszystko byle w końcu ten dzwonek przestał dzwonić. Za drzwiami stała moja siostra. Od rana wkurzona z niewiadomo jakiego powodu, do tego przyszła mnie dręczyć. 
- Odwiozłeś ją do domu.- Jej słowa były oskarżeniem godnym Sądu Najwyższego. 
- Popełniłem jakąś zbrodnię?- Spytałem idąc do kuchni. Marzyłem o kawie i jeszcze paru godzinach snu.
- Ja tu ci załatwiam randkę, a ty po prostu odwozisz ją do domu.- Zmroziła mnie wzrokiem.
- O ile sobie przypominam, dwa miesiące temu twoja przyjaciółka, z którą mnie umówiłaś była więziona przez psychola, który ją wykorzystywał. Nie jestem pewien czy całowanie jej byłoby odpowiednie. – To była całkiem dobra wymówka.
- Czy ja każę wam iść od razu do łóżka?- Chyba nie oczekiwała mojej odpowiedzi na tak niedorzeczne pytanie. – Louis ona ci się podoba. Przez trzy lata nie spojrzałeś na inną dziewczynę, myśląc tylko o Carrie.- Wściekły odstawiłem Kunek kawy na kuchenny blat. Czarna, smolista ciecz rozlała się. Spojrzałem na siostrę.
- I co z tego?! Co z tego, że mi się podoba. Co jej mogę dać? Samotne noce kiedy będę na akcjach? Ciągły strach? Chyba za dużo miała go w swoim życiu. Sophie ona zasługuje na księcia, bogatego faceta, który zapewni jej życie w luksusie takie jakie dotąd prowadziła. – Rozejrzałem się po małym mieszkaniu.- To mogę jej dać. Ona nie pasuje do mojego świata. Jest za delikatna.
- I tu się mylisz.- Stała naprzeciwko mnie, nie kuliła się pod moim srogim spojrzeniem jak inni. Tylko Sophie umiała stanąć ze mną twarzą w twarz kiedy byłem rozjuszony. Jej ciche i spokojne słowa, były zawsze głośniejsze niż moje krzyki.- Jest silna, silniejsza niż zdajesz sobie sprawę. Znam ją. Nie ważne jak się zmieniła, nadal będzie moją przyjaciółką. Wiem też, że szczeniackie zauroczenie przerodziło się w coś innego. To ty się boisz. 
- Wyjdź.- Ostry rozkaz, który wydobył się z moich ust.- Po prostu wyjdź. Nie wiesz co czuje. 
- A ty nie możesz wiedzieć co jest dla niej dobre.
- A ty niby wiesz? Sophie zajmij się swoim życiem, a nie moim i Carrie.
    Wyszła trzaskając drzwiami. Wściekły wstawiłem kubek do zlewu. Zrobiłem to z użyciem zbyt dużej siły. Rozpadł się na kilka kawałków. Wyrzuciłem brązowe skorupy. Po co komu kawa, wystarczy Sophie Tomlinson do podniesienia ciśnienia.  Ubrałem się w dres i poszedłem pobiegać.
TRZY MIESIĄCE PÓŹNIEJ
Carrie
    Koszmary mnie nie opuszczały nie ważne ile czasu spędziłam na wolności. Mój krzyk rozniósł się po pokoju. Podniosłam się na łóżku. Z trudem łapałam powietrze ogarnięta paniką. Drzwi do mojego pokoju się otworzyły, a do środka razem ze snopem jasnego światła wszedł mój tata. Przywarłam do niego całym ciałem, łapiąc się go jak kotwicy. 
- On chciał mnie skrzywdzić- wyrzuciłam z siebie między atakami płaczu.
- Już cie nie skrzywdzi. Już tego nie zrobi. 
    To była jak mantra, którą słyszałam każdej nocy. Tata powtarzał te słowa jakby miały dogonić potwora z dziecięcych koszmarów. Ale ten potwór, o którym śniłam był prawdziwy. Istniał w rzeczywistości. 
    Był już sierpień, to już cztery, nie pięć miesięcy odkąd jestem wolna. Zbliżały się moje urodziny, a za kolejne dwa miesiące pójdę na studia. Czasem mam wrażenie, że moje życie nigdy nie uległo zmianie. Tak jakby te trzy lata po prostu się nie wydarzyły, były złym snem. Przychodzi jednak czas kiedy rzeczywistość jest ostra jak nóż i daje o sobie znać. Mój świat ciągle się zmienia. Louis przychodzi co raz rzadziej, praktycznie wcale. Staram się ignorować gulę w gardle i palący ból w sercu. Powstrzymują łzy, które napływają mi do oczu. Bardzo za nim tęsknię. 
    Usiadłam na drewnianym tarasie i położyłam sobie zeszyt na kolanach. Chciałam coś na rysować, ale w głowie miałam pustkę. Odchyliłam głowę w kierunku słońca. Słyszałam śmiech dochodzące z nad basenu.
- Carrie może do nas dołączysz?- Na trawniku pojawił się mój tata ubrany tylko w krótkie spodenki. Z jego włosów ociekała woda, a w ręku trzymał pistolet na wodę. Upał był nie do zniesienia więc ich zabawa była oczywista. Pokręciłam przecząco głową i posłałam mu krzywy uśmiech.- Nie siedź za długo na słońcu.
- Dobrze tatusiu. 
    Ubrana byłam tylko w krótkie, jeansowe spodenki i koszulkę na cienkich ramiączkach. Bezlitosne promienie słoneczne paliły skórę na moich chudych ramionach. Westchnęłam cicho i wróciłam do domu. Szłam na górę oglądając kolekcję zdjęć wiszącą na ścianie. Mama i tata podczas ślubu, ja zaraz po urodzeniu, ja i Sophie na przyjęciu urodzinowym, kilka zdjęć Zoye. Na każdej fotografii roześmiane twarze. Zostawiłam obrazy rodzinnego szczęścia i poszłam do swojego pokoju. 
    Z głośników leciała muzyka, na kolanach trzymałam laptopa. Przeglądałam oferty akademików. Dojazd od nas do centrum zajmował dwie godziny, nie chciałam tak dojeżdżać każdego dnia. 
- Masz lemoniadę.- Do pokoju weszła mama ze szklanką wypełnioną żółtym płynem. Usiadła obok mnie i spojrzała w komputer.- Akademik.
- Tyko na okres studiów. Wiesz dojazdy mnie wykończą.
- Pomyślimy o tym.- Poczochrała mnie ręką po głowie i wstała.- Nie mogę uwierzyć, że jesteś taka dorosła.
Uśmiechnęła się do mnie i wyszła.  Tak, mój świat się zmienia, bo ja się zmieniłam. Widzę tą różnicę bardzo wyraźnie. Jestem inna.