6/24/2014

Rozdział 21

Carrie
Chodzę po domu Harry’ego i sprzątam. Jakoś muszę mu wynagrodzić to, że trzyma nas u siebie. Nie mogę wrócić do domu. Wszystkie komórki w moim ciele sprzeciwiają się temu. Aria rozgościła się na dobre. Jednego wujka wymieniła na drugiego. Odkąd Nick i Sophie wyjechali mała uwielbia przebywać z Harry’m. Patrzę na córeczkę siedzącą na dywanie. Łapię się za głowę widząc jak wyrywa strony z książki Harry’ego.
- Kochanie nie wolno. – Zbieram z podłogi powyrywane strony.- To Harry’ego.
- Hally- śmieje się mała i z półki wyciąga kolejną książkę.
- Co ja?- Do salonu wchodzi mężczyzna z zakupami. Uśmiecha się do małej.- Czytasz słoneczko?
- Odkupię ci tą książkę.
- Weź przestań. Kupiłem wszystko co chciałaś. Louis będzie później bo prowadzone jest odchodzenie.- Na chwilę poważnieje.
- Coś się stało?
- Prokurator widzi problem w tym, że służbowa broń Louisa została w domu, kiedy on był na służbie. Twierdzi, że to było zamierzone. Nie przejmuj się tym. Jest świeżo po studiach i myśli, że szybko dojdzie do prestiżu.
Kiwam tylko głową i idę do kuchni. Biorę się za gotowanie. Wszystko byle by tylko zająć czymś myśli. Ciągle przed oczami mam trupiobladą twarz Pana, jego krew na podłodze w mojej sypialni. Mdli mnie na ten widok. Odkładam nóż i biegnę do łazienki. Zwracam dzisiejsze śniadanie. Łapię się blatu umywalki i podnoszę z podłogi. Patrzę na swoje blade odbicie. Wiem, że kiedyś będę musiała wrócić do domu. Zmierzyć się z tym wszystkim. Na razie nie mam siły i odwagi.
- Carrie nic ci nie jest?- W łazience pojawia się Harry z Arią na rękach. Dziewczynka ciąga go za włosy.
- Tylko mnie zemdliło.- Uśmiecham się lekko. Płuczę twarz zimną wodą. Klepię go po ramieniu i wracam do kuchni. – Harry nie baw się w Louisa. Czym wy prędzej zaczniecie normalnie się zachowywać, tym i ze mną będzie lepiej.
- Słonko – Harry patrzy na mnie z troską. – Louis cię kocha, więc nad tobą skacze, a ja podlizuję się przyszłej teściowej.
Kręcę głową i wracam do gotowania. Uśmiecham się słysząc śmiech mojej córeczki. Harry ma dobre podejście do dzieci.
- Nie przeszkadzamy ci?- pytam podsmażając warzywa na obiad.
- Nie. Możecie zostać tak długo jak chcecie. Mam posprzątane, przyszykowany obiad i nie wracam do pustego domu. Normalnie raj.- Uśmiecham się do niego i łapię blatu kuchennego, bo zaczyna mi się kręcić w głowie. Oddycham przez usta i zamykam na chwilę oczy. Czuję się jakbym zeszła przed chwilą z karuzeli. Nóż wypada mi z ręki, a ja gdyby nie Harry leżałabym na ziemi.
- Carrie?
- Nic mi nie jest.- Próbuje z powrotem ustać na nogach.
- Usiądź. – Prowadzi mnie na kanapę pod oknem w kuchni. Siadam na miękkim meblu i opieram głowę na oparciu. – Trzymaj wodę. Blado wyglądasz.
- Dziękuję Harry. Umiesz prawić kobiecie komplementy.
- Od tego masz męża.
- To stres. Jeszcze to wszystko odreagowuje.
- Albo Louisowi udało się strzelić gola. Położę małą spać, a ty się stąd nie ruszaj.
- Nie próbuj być tak groźny jak Louis bo ci nie wychodzi.
- Po prostu tu siedź.
Grzecznie siedzę na kanapie i odpoczywam. Do pomieszczenia wchodzi Louis. Widać z daleka, że jest spięty. Ma napięte mięśnie i nerwowo zerka na telefon trzymany w dłoni. Podnoszę się z kanapy, ale po chwili z powrotem na nią siadam. Wszystko przez zawroty głowy.
- Kochanie.- Louis od razu znajduje się przy mnie.
- Wszystko w porządku. To ty masz kłopoty.
- To tylko praca.- Macha lekceważąco ręką. – Teraz trochę z wami posiedzę.
- Zawiesili cię?- Do kuchni wraca Harry. Louis mrozi go wzrokiem, ale kiwa twierdząco głową.
- Do wyjaśnienia sprawy – mówi cicho.
- To moja wina. Wszystko to moja wina.
- Nie kochanie. To wina prokuratora i jego chorych ambicji. Przynajmniej mam urlop. Pamiętasz kiedy miałem dłuższe wolne.
Kręcę tylko głową. Obejmuję go za szyję i chowam się w jego ramionach. Słucham spokojnego bicia jego serca. To mnie uspokaja. . Zaciągam się jego wodą kolońską. Jestem spokojniejsza, kiedy mam go przy sobie.
- To ja skończę ten obiad. A ty odpoczywaj.
- Powtarzasz się Harry.
- On ma racje. Musisz odpocząć. Blado wyglądasz.
- Dziękuję ci kochanie. Nie ma to jak komplement od męża.
- Ruda.- Śmieję się tylko, a zaraz zrywam z kanapy bo znowu robi mi się niedobrze. Biegnę do łazienki. Ląduję na kolanach i zwracam resztę posiłku jaka została w moim żołądku. Podnoszę się i patrzę na Louisa, który stoi w progu.
- Kochanie, ja cię zabiję – mówię mrożąc go wzrokiem i układając ręce na biodrach.
- Sama się zgodziłaś. Powiedziałaś, że mogę. – Podchodzi do mnie i bierze w ramiona. – Kochanie jesteś pewna?
- W osiemdziesięciu procentach.
- To ja zaraz wrócę. Chcę mieć sto procent pewności.- Louis całuje mnie w czoło i wychodzi. Śmieję się rozbawiona. Jemu do szczęścia dużo nie potrzeba.

~~*~~
Miał być epilog, ale dopisałam jeszcze kilka rozdziałów.

6/19/2014

Rozdział 20

Carrie
Siedziałam w salonie kiedy usłyszałam głośny trzask. Podniosłam głowę z nad książki i spojrzałam w czarne oczy Pana. Stał po drugiej stornie korytarza. Zerwałam się z fotela.
- Gdzie uciekasz? I tak cię znajdę wróbelku. Jesteś przecież moja.- Cofałam się na schody sparaliżowana strachem. Zbliżał się do mnie co raz bardziej. Przewróciłam stół tarasując mu drogę. Pędem puściłam się na schody. Pokonywałam po dwa stopnie byle by tylko dostać się do pokoju. Razem z małą zamknęłam się w sypialni. Aria głośno płakała. Miałam ochotę dołączyć do niej. Moje serce biło jak oszalałe. Wyjęłam telefon i czekałam aż Louis obierze, modląc się, żeby to było jak najprędzej.
- Kochanie nie mogę…
- On tu jest…- Tylko tyle zdążyłam powiedzieć zanim usłyszałam jak uderza w drzwi. Posadziłam małą na podłodze schowaną za łóżkiem. Spojrzałam na stolik gdzie leżała zawsze leżała broń. Teraz też tam była. Drzwi otworzyły się z głośnym trzaskiem. W jednej chwili stałam mierząc do niego. Słyszałam płacz małej, głośne bicie swojego serca.
- Nie zrobisz tego. Wiesz, że należysz do mnie.- Jego głos. Ten, którego zawsze się bałam dodał mi odwagi.
- Nie. Nie jestem twoja nigdy nie byłam. – Zrobił krok w moją stronę. – Trzymaj się ode mnie z daleka.
- Nie zrobisz tego- powtórzył. Wyciągnął w moją stronę rękę. Nacisnęłam spust. Odgłos wystrzału zagłuszył płacz małej. On padł na kolana. Zdziwiony spojrzał w moje oczy. Upadł na ziemię, a jego krew plamiła jasny dywan. Broń wypadła z moich rąk. W progu zobaczyła Louisa i Harry’ego. Obaj trzymali broń. Harry ocknął się pierwszy podszedł do leżącego mężczyzny i sprawdził puls.
- Nie żyje. Carrie to już koniec.- Spojrzałam na swojego męża.
- To koniec – szepnął podchodząc do mnie. Schował swoją broń i mocno mnie przytulił. Mała też już nie płakała. Tarła czerwone oczy na rękach u Harry’ego. Schowałam twarz w ramionach Louisa i zaczęłam płakać. Szloch wstrząsał moim ciałem raz po raz. Nie mogłam się uspokoić. Mój koszmar w końcu się skończył. Jego ciało leżało u moich stóp. Przyszli inni policjanci. Zabrali go. Ja cięgle siedziałam wtulona w Louisa.
- Panie komendancie mamy zabezpieczyć broń? Wiadomo czyja ona jest?- spytał jakiś młody policjant.
- Tak. Ona jest moja. Wpisz w protokół, że to była obrona konieczna.
- Bez żadnego śledztwa.- Poczułam jak Louis napina mięśnie.
- Ten człowiek wdarł się do mojego domu. Groził mojej żonie. Wcześniej ją przetrzymywał i katował. Sądzisz, że teraz przyszedł na kawę?
- Louis spokojnie- powiedział Harry.- To była obrona konieczna z jej strony.
- Prokurator będzie chciał śledztwa.- Ten młody nie ustępował.
- Tak. Wszystko wykaże, że to była obrona konieczna.- Harry zielone oczy przeniósł na nas.- Może zabierz ją stąd, tutaj i tak nic nie wolno ruszyć. Weźcie małą i pojedźcie do mnie. Ja się wszystkim zajmę.
- Dzięki Harry- powiedział Louis. – Kochanie poczekasz na mnie w samochodzie. Wezmę małą i jakieś rzeczy.
- Dobrze.- Harry objął mnie ramieniem i poprowadził do samochodu Louisa. Podał mi chusteczki z kieszeni swoich jeansów.
- Aż dziw, że nikogo nie masz- powiedziałam wycierając oczy.
- Czekam aż wasza córka dorośnie.
- Marne czeka cię życie jak Louis się o tym dowie. Jak sobie z tym radzisz?- pytam ciszej.
- Z czym Carrie?
- Z tą świadomością, że zabiłeś drugiego człowieka.
- Powtarzam sobie, że gdybym tego nie zrobił ten człowiek mógłby zabić mnie, a co gorsza też i innych. Carrie ty się tylko broniłaś.
- Chciałam, żeby odszedł.
- Nie ty jedyna. Louis tego pewnie chciał, ja tego chciałem. Jesteście moimi przyjaciółmi pierwszymi odkąd przyjechałem do Londynu.
- Oh…- Obejmuję go za szyję i mocno przytulam.
- Harry?
- Tak panie komendancie.- Harry od razu sztywnieje.
- Dzięki stary.- Louis klepie go po plecach, a Aria ciągnie za jego włosy. Biorę na ręce małą i zapinam w foteliku. Razem z Louisem jedziemy do domu Harry’ego. – Kochanie skończysz z tym sprzątaniem?
- Muszę coś robić, a tu jest bałagan.
- Bo to facet i mieszka sam. Też tak miałem.
- Kochanie nadal jesteś bałaganiarzem.- Louis podchodzi do mnie i mocno mnie obejmuje. Chowam twarz w zagłębieniu jego szyi.
- Tak bardzo się o was bałem- szepcze całując moją głowę.- Bałem się, że nie zdołam was ochronić, że on was skrzywdzi.
- Nie skrzywdził.- Zapewniam go.- To już koniec strachu. On już nie wróci.
- Wiem. Kocham cię. Was. Najbardziej na świecie. Bardziej się nie da.

6/14/2014

Rozdział 19

Dwa lata później
Carrie
Przykryłam kocykiem naszą córeczkę i wróciłam do sypialni. Rozejrzałam się po ciemnym pokoju. Za dnia wygląda dużo inaczej niż nocą. Duże łóżko z błękitną narzutą. Szafa z jasnego drewna. Okno i drzwi prowadzące na balkon z widokiem na ogród. Toaletka koloru białego stojąca przy ścianie. Dwa fotele przy ścianie i mały szklany stolik na którym Louis upodobał sobie kładzenie broni. Strasznie mnie to drażni. Na podłodze porozwalane zabawki. Nie ważne ile razy bym je sprzątała ona zawsze tutaj leżą tak jak i w innych pomieszczeniach. Nasza córeczka opanowała cały dom Położyłam się do łóżka. Louis miał nocną akcję, więc nie było go w domu. Nie tylko ja byłam niespokojna, ale też Aria. Przytuliłam się do poduszki męża i zasnęłam. Obudził mnie głośny płacz dziecka. Aria nigdy tak nie histeryzowała. Przecierając oczy weszłam do jej pokoiku ogarnięta uczuciem niepokoju. Podświadomie czułam, że coś złego się stało. Dziewczynka stała w łóżeczku mocno trzymając się drewnianej poręczy. Jej różowa poduszka był w strzępach, a cała ściana popisana. Przeczytałam jeden napis, który ciągle się powtarzał. ‘Jesteś moja, wróbelku.’ Przerażona rozejrzałam się po pokoju, szukając tego kto to zrobił, ale pokój był pusty tylko okno otwarte. Różowa firanka powiewała na wietrze. Podeszłam do okna i je zamknęłam. Z małą na rękach pobiegłam do sypialni i wybrałam numer męża.
- Tak Carrie?
- On tu był- wydukałam przerażona.- On nigdy nie da mi spokoju.
- Kto był?
- Pan.
Louis
Chodziłem po swoim gabinecie. Lepiej było się teraz do mnie nie zbliżać. Kurwa… dlaczego to ją spotyka, nie dość już wycierpiała? Jeszcze ten skurwiel dotykał mojego dziecka. Mojej maleńkiej córeczki. Wściekły uderzyłem pięścią w biurko.  Wiem jedno, jak go teraz złapię to zabiję. Nie pozwolę skrzywdzić mu mojej rodziny.
- Louis…- W drzwiach pojawiła się Carrie.
- Tak kochanie?
- Boję się- szepnęła wchodząc do środka. Schowała się w moich ramionach.- Tak bardzo się boję.
- Nie masz czego. Nie pozwolę was skrzywdzić.- Spojrzałem w jej granatowe oczy przepełnione strachem. Ja też się bałem. Wiem jedno. Zrobię wszystko, nie bacząc na żadne konsekwencje, byle by one były bezpieczne. Nic innego się dla mnie nie liczy. Pocałowałem żonę w czoło
- Wiem to. Bo ty jesteś naszym bohaterem.
Uśmiechnąłem się lekko i pocałowałem ją w usta. Nie ważne jak byłem wściekły, ona nigdy się mnie nie bała. Wręcz przeciwnie, potrafiła mnie uspokoić. Objąłem ją w tali i przyciągnąłem jeszcze bliżej siebie. Znowu złączyłem nasze ustaw w namiętnym pocałunku.  Zanim doszło do czegoś więcej nasza córeczka zaczęła płakać.
- Ona chyba nie chce rodzeństwa- zaśmiała się Carrie i wstała z moich kolan.- Pewnie stęskniła się za tatusiem.
- Bo to moja mała księżniczka.
Szedłem za żoną obserwując jej ruchy pełne gracji. Z wózka wyciągnąłem naszą księżniczkę. Dziewczynka mocno objęła mnie drobnymi rączkami za szyję
- Tata.- powiedziała słodkim głosikiem.- Amku.
- Już szykuję.- Carrie zniknęła w kuchni. Pocałowałem Arię w czółko i podrzuciłem do góry. Ta z głośnym śmiechem wylądowała znowu w moich ramionach. To była jej ulubiona zabawa.
- Podreptamy trochę?- Postawiłem ją na nogach. Mała ścisnęła w piąstce mój palec i na pulchniutkich nóżkach poszliśmy w stronę kuchni. – Ona chce chodzić tylko jak ktoś ją trzyma, zauważyłaś?
- Tak. Ale jak zacznie śmigać to jej nie złapiemy. Zupka gotowa. Tatuś cię nakarmi  bo ja już dwa razy się przebierałam.
- Ja tam się nie boję, że się ubrudzę.
- Wiem kochanie. To twoje ulubione zajęcie.- Ruda podała mi miseczkę z gotowaną marchewką.- Proszę ulubione danie tatusia i córuni.
- Ma się rozumieć.- Wziąłem na łyżeczkę trochę pomarańczowej paćki i włożyłem j do ust dziewczynki udając przy tym samolot. Mała z zadowoleniem zjadła. Rączką wytarła swoje usta na których pozostało odrobinę jedzenia i wytarła je w moją niebieską koszulę. Carrie roześmiała się głośno i poszła otworzyć bo ktoś pukał.
- O cześć Harry. Louis w kuchni. Wchodz.- Wróciła do pomieszczenia. Za nią szedł Harry, mój zastępca.
- Dzień dobry panie komendancie- powiedział oficjalnie.
- Louis ty wszystkich musisz tak straszyć?- spytała moja żona.
- Jakiś respekt trzeba mieć. Siadaj.- Powiedziałem do mężczyzny. Był kilka lat młodszy ode mnie.- Wiesz coś?
- Nic. Obstawiliśmy wszystkie możliwe miejsca z którymi jest związany. Musimy czekać.- Usłyszałem cichy jęk Carrie.
- Dobra. Ktoś ma stać pod moim domem. Ten skurwiel ma nawet nie zbliżyć się do mojego trawnika.
- Louis… Nie mów tak przy małej.- Upomniała mnie żona. Spojrzałem na Arię, która wsadzała paluszki do miseczki i robiłam różnokształtne plamy na mojej koszuli.
- Tak jest panie komendancie.
-  Dobrze, że się rozumiemy. Kochanie ona się najadła.
- Widzę. To dziecko jest nie możliwe. Żeby tak się brudzić i bawić jedzeniem. A ty chcesz drugie. Harry zostaniesz na obiad.
- Nie przepadam za marchewką- stwierdził rozbawiony.
- Ja też. Będzie makaron z serem.
- Aaa to z miłą chęcią, jeżeli pan komendant nie ma nic przeciwko.
- On rozkazy wydawać może tylko w komisariacie. Tutaj ja żądzę.
Machnąłem ręką i razem z Arią poszliśmy się umyć.  Przebrana i umyta bawiła się z Harry’m w salonie. Patrzyłem jak wręcza mu misia i niezdarnie siada na jego kolanach. Ona go uwielbia. Wróciłem do kuchni.
- Kochanie on za często u nas jada- stwierdziłem siadając przy wysepce.
- Masz coś przeciwko?- Carrie zmrużyła oczy patrząc na mnie.
- Nie, ale to mój podwładny.
- Tak. Ale też i kolega. Nie mogę pozwolić by non stop jadał w barach.
- Ale mała go za bardzo lubi.
- Kochanie ona lubi każdego kto się z nią bawi. Nie marudź już.- Dziewczyna mocno przytuliła się do mnie.- Do tego jest dobrą opiekunką, a my mamy chwilę dla siebie.- Zachłannie wpiła się w moje usta. Złapałem ją w tali i posadziłem na swoich biodrach. Drugimi schodami zacząłem wchodzić na górę. Całowałem jej szyję zostawiając na niej malinki. Położyłem ją na naszym łóżko. Carrie pociągnęła za moją koszulę. Posypały się wszystkie guziki.
- No tak, córka mi brudzi a ty zrywasz guzki. W czym ja będę chodził?
- Uskarżasz się kochanie?- Spytała rozpinając mój pasek i ciągnąc mnie na łóżko.
- Nigdy.- Szepnąłem do jej ucha. Ściągnąłem z niej koszulkę i sprawnie rozpiąłem koronkowy stanik. Moja piękna i pociągająca żona. Wyznaczałem ustami szlak na jej ciele do samego zapięcia jeansów. Powoli zsunąłem z niej rurki razem z bielizną. Pozbyłam się także swoich ubrań.
- To o co się starasz?- spytała Carrie.
- O syna- stwierdziłem zadowolony, że w końcu się zgodziła. Złączyłem nasze usta łącząc jednocześnie nasze ciała. Było cudownie tak jak zawsze.

6/08/2014

Rozdział 18

Dwa miesiące później
Carrie 
Z łóżka wzięłam przyszykowaną białą, koronkową sukienkę. Wzięłam krótki prysznic z braku czasu na długą i przyjemną kąpiel. Założyłam nowiutki kuplet koronkowej bielizny. Przeczesałam palcami, krótkie rude włosy i zaczęłam je suszyć. Spojrzałam w lustro na swoje odbicie. Krótkie loki układały się wokół mojej twarz. Uśmiechnęłam się do siebie kiedy mój wzrok padł na kawałek plastiku ukryty w kosmetyczce. Na biało niebieskim patyczku były namalowane dwie kreski. Ubrałam swoją sukienkę i wróciłam do sypialni. Opierając nogę o brzeg łóżka zapinałam zamek czarnych sandałków na wysokim obcasie. Poczułam ręce Louisa oplatające mnie w tali i delikatny pocałunek na mojej szyi.
- Nie wiem po co całe te zamieszanie- szepnął mi do ucha. – Nie zrobiłem nic wielkiego.
Odwróciłam się w jego ramionach stawiając nogę na ziemi. Dzięki obcasom byłam tylko troszeczkę niższa od niego. Spojrzałam w jego błękitne oczy. Był taki cudowny, skromny. Cały mój Louis. On nic nie zrobił.
- Zupełnie nic- stwierdziłam ironicznie.- Tylko uratowałeś człowieka, policjanta na służbie, swojego szwagra. Nie przypominasz sobie tego kochanie.
- Zrobiłem to z czysto egoistycznych pobudek.
- Jakich?- Zapytałam wyplątując się z jego objęć. Sięgnęłam pa żakiet przewieszony przez oparcie Louisowego fotela.
- Wiesz co by się stało gdy by on dostał. Moja siostra nękała mnie by do końca życia.- Zakryłam dłonią usta, żeby tylko się nie roześmiać.
- Nie umiesz myśleć tylko o sobie- stwierdziłam. Podeszłam do niego i poprawiłam mu krzywo zawiązany krawat.- Mój bohater. Nasz bohater. Idziemy skarbie? Bo się spóźnimy.
- No już idziemy. Pięknie wyglądasz. Do twarzy ci w białym.
- Coś sugerujesz?- Spojrzałam na niego pytająco.
- Nie… ale może ustalimy w końcu datę ślubu.
- Jasne. – Zgodziłam się wsiadając do samochodu.
- Dzisiaj- szepnął mi do ucha.- Masz już białą sukienkę, a ja garnitur. Zajedziemy tylko po obrączki.
- Louis!- Walnęłam go w ramie. Udawałam złą chociaż bardzo podobał mi się jego pomysł. Nie marzył mi się ślub z bajki gdzie wszystkie oczy będą zwrócone na mnie. My dwoje, tak byłoby idealnie.
- Ale to dobra data.
- A rodzice i Sophie.
- No tak moja siostra. Dzisiaj odpada- powiedział ruszając. Rękę miał już prawie sprawną, jednak nie mógł jeszcze wrócić na służbę. Było mi to na rękę. Rozdanie medali miało się odbyć w głównej komendzie policji. Weszliśmy do budynku. Cała uroczystość odbywała się w dużym ogrodzie za gmachem policji. Siedziałam na krzesłach dla gości, a Louis na scenie. Komendant wygłaszał długie i dość nudne przemówienie. W końcu mój Louis dostał swoje odznaczenie. Głośno biłam brawo razem z innymi zgromadzonymi. Zszedł ze sceny i podszedł do mnie. Mocno objął mnie w tali. Miałam dla niego jeszcze jedną niespodziankę.
- Jestem w ciąży- szepnęłam mu do ucha. Patrzył na mnie zdziwiony.
- Serio? O Boże… będę tatą.- Delikatnie mnie pocałował. Roześmiałam się czując jego dłonie na moim brzuszku.- Który miesiąc? Że ja nic nie zauważyłem.
- Drugi. Brzuszek nie jest duży, sama ledwo zauważyłam.
- Będę miał dzidziusia.- Cieszył się jak dziecko. Podszedł do nas Nickolas.
- Gratuluję stary- powiedział mężczyzna klepiąc go po plecach.
- On wiedział? Czemu mu powiedziałaś pierwszemu.
- Każdy wie o twoim awansie- stwierdził nieco rozbawiony.- Szkoda nie będziemy już razem pracować. Należało ci się stary. Co właściwie Carrie miała mi powiedzieć?
- Będę tatą. Rozumiesz ty to.
- Stary no to gratulacje- Nickolas poklepał go jeszcze raz po plecach, a mnie pocałował w policzek. Jego też się nie boję. Wiem, że mnie nie skrzywdzi. Jest dobrym przyjacielem nie tylko Louisa, ale także moim.
Miesiąc później.
Leżałam na hotelowym łóżku wtulona plecami w nagi tors mojego Louisa. Całował mnie po głowie delikatnie obejmuję w tali. Położyłam się na plecach i spojrzałam w jego oczy, po chwili przeniosłam swój wzrok na moją dłoń gdzie lśniła złota obrączka.
- Szybko udało jej się to zorganizować- stwierdziłam.
- Ona ma talent.- Roześmiał się Louis.- Ale było pięknie.
- Tak- zgodziłam się z nim.- Nie ważne gdzie i kiedy. Liczy się tylko, że z tobą.
- Nikomu innemu bym cię nie oddał. Jesteś na mnie skazana Ruda.
- Do końca życia- powiedziałam z uśmiechem.
- I jeden dzień dłużej – dodał całując mnie w usta. Wtuliłam się w niego jeszcze mocniej i słuchałam jak cicho nuci mi jakąś melodię. Powoli odpływałam w krainę sennych marzeń.
~***~
Przepraszam że tak dłuuugo musieliście czekać. Nie miałam jakoś koncepcji na ten rozdział. Czasu też za bardzo nie mam. Mam nadzieję, że się wam podoba. Mile widziane komentarze. Do następnego. Buziaki:*

4/16/2014

Rozdział 17

Louis
Szykowała się kolejny nudny patrol. Razem z Nickiem wsiadłem do radiowozu. Patrolowaliśmy ulice jednej z dzielnic Londynu. Usłyszeliśmy alarm, a później strzały. Zaparkowałem samochód i poszliśmy sprawdzić co tam się dzieje. W jednej chwili zobaczyłem jak ktoś celuje do mojego partnera. Nie myślałem o nikim oprócz mojej siostry i ich nienarodzonym dziecku. Odepchnąłem go na bok. Czułem jak kula wbija się w moje lewe ramię. Nie zważając na ból podniosłem swoją broń do góry i trafiłem jednego z włamywaczy. Opadłem na ziemię, krew przesiąkła przez jasny materiał mojej koszulki barwiąc ją na szkarłatno. Powoli traciłem świadomość. Usłyszałem jeszcze syrenę policyjną, kilka strzałów i straciłem przytomność…
Carrie
Po wyjściu Louisa sama wstałam z łóżka. Wzięłam długi prysznic i ubrałam się w dresy.  Usiadłam przy stole w kuchni i zaczęłam rysować. W tle grała cicha muzyka. Z mojego własnego świata wyrwał mnie telefon. Spojrzałam na wyświetlacz.
- Tak Nick?
- Louis jest w szpitalu, został ranny na służbie. Zaraz podjedzie po ciebie radiowóz i zawiezie do szpitala.
Świat usuwał mi się spod nóg. Założyłam trampki i swoją kurtkę. Chodziłam po chodniku czekając na ten głupi samochód. W końcu podjechał. Niecierpliwie czekałam, aż w końcu dojedziemy. Szybko pokonywałam kolejne korytarze szpitala. Usiadłam obok Nickolasa.
- Co z nim?- spytałam.
-Przeżyje. Czubek, odepchnął mnie, kula leciała prosto we mnie.- Spojrzał na mnie przepraszająco.
- Znasz go. Jesteś jego przyjacielem i szwagrem. Lou nie byłby sobą, gdyby ciebie nie uratował.
Siedziałam na korytarzu i starałam się nie obgryzać paznokci ze strachu. Ciągle czekaliśmy na jakieś wieści. W końcu na korytarzu pojawił się lekarz ubrany w niebieski kitel. W ręku trzymał identycznego koloru czepek, który przed chwilą ściągnął z głowy. Podszedł do nas.
- Co z nim?
- Wyliże się. Kula ominę ważniejsze nerwy i mięśnie. Co prawda czeka go długa rehabilitacja.
- Mogę go zobaczyć?
- Teraz jest nie przytomny, ale zapraszam jutro.
Nie upierałam się. Nickolas odwiózł mnie do domu. Dziwnie było w nim bez Louisa. Położyłam się do łóżka i próbowałam zasnąć. Nie wychodziło mi to. Wzięłam swój szkicownik i zaczęłam rysować z pamięci twarz Louisa. Tak powstawał rysunek za rysunkiem, a na podłodze leżała mozaika z kartek.
Parę dni później
Chciałam wziąć torbę Louisa, ale mnie powstrzymał. Co za facet. Ledwo ruszał ręką, ale i tak swoją torbę nieść musi. Dobrze, że pozwolił mi prowadzić. Pojechaliśmy do mnie do domu.
- Ruda nie jestem inwalidą- stwierdził, jak kazałam mu odpocząć.- Proszę nie traktuj mnie tak.
- Nie traktuje. Dla mnie jesteś bohaterem.
- Przesadzasz. – Machnął zdrową ręką.

- Uratowałeś nie tylko mnie, ale także Nicka.- Pocałowałam go w usta.- Mój bohater. 
Stałam wtulona w niego. Obejmował mnie zdrową ręką i całował po włosach.
- Ale tylko twój- stwierdził składając czuły pocałunek na moich ustach.

4/09/2014

Rozdział 16

Carrie
    Weszliśmy do domu Nica i Sophie. Z salonu dobiegły nas ich krzyki. Kłócili się o coś.
- Jak mogłeś być tak nieodpowiedzialny?!- Wściekła Sophie to nie przelewki.
- Tak zrobiłem to specjalnie. Tylko raz zapomniałem o tych gumkach.
- Raz wystarczył.
    Weszliśmy szybko do środka, żeby zapobiec możliwym rękoczynom. Widok, który mieliśmy przed sobą, był komiczny. Sophie, drobna blondynka stała nad biednym, skruszonym Nickiem, który zazwyczaj emanował siłą.
- Dobra o co wy się znowu kłócicie?- spytałam podchodząc do przyjaciółki.
- Ciocią będziesz, bo ten idiota nie wie co to zabezpieczenia.
- A myślałem, że wpadł z inną- zażartował Louis, a Sophie zmroziła go wzrokiem.
- Przecież nie specjalnie. Kochanie jakoś sobie poradzimy.- Wstał i chciał ja objąć, ale ona go odepchnęła.
- Tak na głowie mamy kredyt, rozsypujący się dom i teraz drugie dziecko. Jakoś sobie poradzimy.
- Przepraszam, że mam milionów na koncie. Jak chcesz to mnie wymień na bogatego sztywniaka.
- Sam to powiedziałeś.
- Cisza.  Wpadki się zdarzają.- On to umiał przywrócić spokój.- Jakoś sobie dacie radę. Macie nas, rodziców.
    Leżałam z głową na torsie Louisa. Zażegnaliśmy kryzys u Andersów i wróciliśmy do domu. Wsłuchiwałam się w miarowy oddech swojego narzeczonego.
- Nie powiedziałaś jej o zaręczynach- stwierdził. Ciągle gładził mnie po głowie.
- Wiesz zaczęłaby panikować, że będzie z brzuchem na ślubie. Nie chciałam jej dokładać i tak miała dużo stresu, a w jej stanie to nie wskazane.
- Tylko my nie znamy daty ślubu. Nic nie ustaliliśmy.
- Znasz Sophie.
- Znam. Kochanie nie zabieraj tego koca.
- Ale mi gorąco- jęknęłam.
- Wiesz bo jak się odkryjesz to ja mam ładne widoki. Nie chce wystawiać mojej samokontroli na próbę.
    Uśmiechnęłam się pod nosem i ściągnęłam z nas koc. Usiadłam na nim okrakiem, a przez głowę ściągnęłam koszulkę. Louis ręką przejechał po moich plecach. Pochyliłam się do przodu i złożyłam czuły pocałunek na jego ustach.
- Kochanie proszę cię- jęknął chowając twarz w zagłębieniu mojej szyi. - Musisz się nade mną znęcać?
- Jak nie chcesz to się mogę ubrać.
- Kochanie chce tylko czy ty tego chcesz?
    Odpowiedziałam mu długim i namiętnym pocałunkiem. Zjechałam ustami na jego szyję, składałam drobne pocałunki na jego klatce piersiowej. Obrócił nas i teraz leżałam pod nim. Obdarowywał pocałunkami całe moje ciało. W końcu oboje byliśmy nadzy. Czułam strach, ale wiedziałam że Louis mnie nie skrzywdzi. Poczułam jak we mnie wchodzi. Wbiłam paznokcie w jego plecy oddając się całkowicie tej przyjemności.
    Wyczerpana z przymkniętymi oczami leżałam w ramionach Louisa. Teraz koc się nam przydał.
- Co powiesz na marzec?
- Ale o co chodzi?
- O nasz ślub. Myślałem o marcu.
- Podoba mi się.- Leniwie się uśmiechnęłam.- Masz dzisiaj do pracy?
- Tak- odpowiedział sprawdzając godzinę.- Za dwie godziny muszę być na komisariacie.
- Nie lubię jak chodzisz na noc.
- Ja też, nie chcę cię zostawiać samej.
Po godzinie takiego leżenia Louis musiał wstać. Z niezadowoloną miną patrzyłam jak się ubiera.
- Co powiesz na dwójkę dzieci?- Jego pytanie nieco zbiło mnie z tropu.- Najpierw chłopca, a później dziewczynkę. Wiesz starszy brat.
- Wiesz, że tego tak nie zaplanujesz?
- Wiem, ale pomarzyć mogę.- Pochylił się i mnie pocałował.- Najpierw ślub, później domek z ogródkiem i dzieci.
- Ty masz już wszystko dokładnie zaplanowane.
- A jak. Nawet żona będzie taka jak trzeba.
- Idź ty lepiej do tej pracy. Tylko wróć cały.

- Dla ciebie wszystko kochanie. – Pocałował mnie w usta i wyszedł. 

4/02/2014

Rozdział 15

Carrie
    Obudziłam się, a jęk przerażenia wydobył się z moich ust. Otworzyłam oczy by odgonić złe sny, po chwili je zamknęłam. Przed moimi oczami na nowo jak film przetoczyły się wspomnienia tamtych strasznych miesięcy. Znowu otworzyłam oczy. Spojrzałam w stronę okna gdzie na parapecie w stożkowym flakoniku z przezroczystego szkła stał goździk. Dokładnie przyjrzałam się ciemnozielonej łodyżce z cieniutkimi listkami i kwiatu z pomarańczowymi płatkami, tak bardzo jasnymi i delikatnymi. Widok kwiatu przypomniał mi, że tamte chwile już minęły i nigdy nie wrócą, będą tylko odtwarzane w mojej głowie od nowa każdego dnia. Wtedy poczułam uścisk jego ramion na mojej tali. Leżał obok mnie i spokojnie spał jak zwykle przytulony do mnie, chociaż na moim jednoosobowym łóżku inaczej się nie dało on i tak w nocy nie wypuszczał mnie z objęć. Odwróciłam się i schowałam twarz w zagłębieniu jego szyi. Zaciągnęłam się jego zapachem próbując się uspokoić. Louis pogłaskał mnie po rudych włosach i przyciągnął jeszcze bliżej siebie. Jakby to było jeszcze możliwe.
- Zły sen? -spytał ciągle głaszcząc mnie po głowie. Pokiwałam głową nadal się do niego tuląc.- To tylko sen.
- Wiem- powiedziałam, a mój głos był cichy i stłumiony. To już były tylko złe sny, ale kiedyś to była moja rzeczywistość, która będzie towarzyszyć mi do końca życia. Nie ważne ile razy spotkam się z psychologiem i jak bardzo Louis będzie starał się przywrócić mi normalne życie, to zawsze będzie we mnie. Cień w umyśle, który przysłania światło. Wzięłam jeszcze jeden głęboki oddech próbując opanować strach. Poczułam jak Louis mnie całuję w czoło. Naciągnął na nas kołdrę i zaczął cicho nucił jakąś  melodię. Powieki zaczęły mi ciążyć, a sen przyszedł bardzo szybko.
    Obudziłam się nadal wtulona w Louisa. Czułam, że mnie obserwuje. Często tak robił, przyglądał się jak śpię. Otworzyłam oczy i spojrzałam w jego błękitne tęczówki.
- Długo nie śpisz?- spytałam.
- Będzie z godzinę.
- To czemu mnie nie obudziłeś?
- Ponieważ jest wolne, lubię patrzeć jak śpisz i nie chce mi się wstawać.
- Ty leniu, ale wiesz mi też się nie chce. Tutaj jest mi tak dobrze.
- A ja w końcu widzą zalety twojego łóżka.- Posłał mi ten swój cudowny uśmiech zarezerwowany specjalnie dla mnie.- Mam pretekst, żeby nie wypuszczać się z ramion.
- Nigdy nie kupie większego łóżka.
- Na większym też będę cię przytulał.
    W łóżku poleżeliśmy jeszcze godzinę, później trzeba było wstać. Na 17 mieliśmy być na Wigilijnej kolacji u moich rodziców. Zadowolona z tego, że mogłam pospać do późna poszłam pod prysznic. Cały dzień się szykowałam. Na koniec tego dnie planowałam coś specjalnego. Pod czerwoną sukienkę założyłam identycznego koloru zestaw koronkowej bielizny. Ułożyłam moje krótkie włosy i nawet wyrobiłam się na czas.
- Ślicznie wyglądasz kochanie.
- A ty nie umiesz wiązać krawatu.- Ze śmiechem podeszłam do niego i mu go poprawiłam. Wspaniale się prezentował w białej koszuli. Pojechaliśmy do moich rodziców. Każdy zadowolony ze swoich prezentów, Louis nawet podwójnych wrócił do domu. On rozlewał wino do kieliszków, a ja w sypialni zapalałam świeczki. Dzisiaj wyjątkowo spaliśmy u niego.
- Obejrzymy film?- krzyknął do mnie Louis z kuchni.
- Nie, mam ochotę na coś innego.- Zdjęłam z nóg czarne szpilki i poszłam do kuchni.- Jak tam te wino.
- Nalane.- Lou podał mi jeden z kieliszków. Upiłam łyk i prowokacyjnie oblizałam usta.- W co ty się bawisz?
- W zupełnie nic.- Uśmiechnęłam się do niego i zaczęłam rozwiązywać mu krawat.
- Carrie- jęknął jak zaczęłam odpinać guziki jego koszuli.
- Chodź do sypialni.- Złapałam go za rękę i poprowadziłam. Louis niespiesznie rozpinał moją sukienkę. Całował przy tym moją szyję i plecy. Starałam się nie panikować, nie myśleć o bliznach na plecach które zaraz zobaczy. Koronkowy materiał układał się wokół moich stóp.
- Taka piękna.- Pocałował mnie w usta i każda racjonalna myśl wyparowała z mojej głowy.- I moja.- To jedno pieprzone słowo przywróciło wspomnienia. Nie raz już mówił, że jestem jego ale podziało akurat teraz. Zesztywniałam, a w głowi słyszałam tylko ten okropny głos i czułam ból zadawanych ran.
- Przepraszam.- Wyrwałam się z jego ramion i pobiegłam do łazienki.
    Stałam tyłem do lustra i palcami dotykałam pleców. Trzy długie linie biegnące wzdłuż moich pleców, białe i ledwo widoczne na bladej cerze, ale jednak tam były, a ja znowu czułam ból. Usłyszałam pukanie do drzwi.
- Carrie otwórz.- Cichy i przepełniony troską głos Louisa rozbrzmiał w pomieszczeniu.- Przepraszam.- Podeszłam do drzwi i je otworzyłam.
- Za co? Nic nie zrobiłeś, po prostu ta ja jestem do niczego.
- Nie prawda kochanie.- Otarł łzy z mojej twarzy.- Jesteś najpiękniejszą, najwspanialszą dziewczyną na świecie, którą cholernie kocham.- Zawahał się na chwilę.- Chciałem to zrobić dzisiaj przy wszystkich, ale nie miałem odwagi. Może uznasz, że to za szybko i nie musisz dawać mi odpowiedzi od razu, ale chce żebyś wiedziała, że dla mnie jesteś wszystkim. Największym skarbem jakim posiadam i chcę się tobą cieszyć przez całe życie. Wiec Carrie Anastazjo Allen czy uczynisz mi ten zaszczyt i zostaniesz moją żoną?
- Masz wyjątkowy talent do mieszania mi w głowie.- Patrzyłam na pierścionek w jego rękach.- Tak- Jakoś wydukałam to krótkie słówko.
    Założył mi pierścionek na palce. Złapał mnie w tali i zaczął kręcić. Zastanawiałam się jak go nie kochać.